Mateusz Bieleń – sukcesy:

– 1 miejsce w Klasyku Beskidzkim w kat. M2, 2017 r.
– 1 miejsce w Maratonie Szosowym Granicami Powiatu Łańcuckiego, 300 km, 2015 i 2016 r.
– 2 miejsce w klasyfikacji generalnej Maratonów Rowerowych Cyklokarpaty, 2014 r.
– 1 miejsce w wyścigu 24h Marathon Mazovia, 2013 r.
– 2 miejsce w Rajdzie Wyszehradzkim, 533 km, 2012 r.

Jak długo trenujesz kolarstwo i jakie dokładnie dyscypliny uprawiasz?

Tak szczerze mówiąc to trenuje od niedawna, a próby trenowania zaczęły się w 2009 r., aczkolwiek ścigam się i regularnie jeździłem na rowerze od 2003 r. Początkowo było to typowe XC. Następnie pokonywane dystanse były dla mnie za krótkie, więc przeszedłem całkowicie na Maratony MTB. Wraz z kupnem pierwszego roweru szosowego, pojawiły się pierwsze wyścigi szosowe, które jednak są dla mnie najciekawsze i najtrudniejsze. Tu z kolei lubię wyścigi krótkie szybkie, po płaskim, po górach, ale i też maratony szosowe 200, 300, 500 km gdzie walczy się nie tylko z przeciwnikiem, warunkami atmosferycznymi, ale też i z własną psychiką.

Co Cię skłoniło do rozpoczęcia współpracy z trenerem i z kim współpracujesz?

Tu historia zaczyna się od poważnej kontuzji, którą przechodziłem w 2016 r. (poważne złamanie kości udowej z ogromnym przemieszczeniem i zwichnięta rzepka). Leżąc w szpitalu i później w domu miałem dużo czasu na przemyślenia. Nie ukrywam chciałem tym wszystkim rzucić i już się nie ścigać, bo po takiej kontuzji nie wraca się do poprzedniej formy.
Chęć ścigania jednak była tak duża, a za razem wygrywania, że podjęcie współpracy z trenerem było nieuniknione. Tym bardziej, że sam zacząłem zagłębiać się w literaturę odnośnie treningu z miernikiem mocy. Doszedłem do wniosku, że jednak bez osoby, która potrafi to dokładnie przeanalizować i mało tego, zaplanować kolejne treningi, trening z miernikiem to nie jest łatwa sprawa. Analiza i planowanie zajmuje sporo czasu i pracy trenera, na którą ja nie mam już czasu. A chcąc poprawiać swoje wyniki, rozwijać się, eliminować braki i słabe punkty, stawać coraz mocniejszym i szybszym, musiałem nawiązać współpracę z trenerem, a jest nim Marcin Piekiełek z www.hellmost-cycling.com.

Wiem, że wcześniej byłeś przeciwnikiem używania pomiaru mocy. Co Cię skłoniło do zakupu miernika mocy i rozpoczęcia treningów z jego użyciem?

Tak, broniłem się przed tym i to bardzo długo. Zawsze uważałem, że nie chcę być taką marionetką i „niewolnikiem FTP”. Ufałem swoim odczuciom i byłem zwolennikiem starej szkoły trenowania. Uważałem, że monitorowanie tętna, ale też świadoma praca siłowa na podjazdach, czy tempowa jazda na płaskim wystarcza. Teraz po kilku miesiącach treningów z miernikiem mocy i z trenerem wiem w jak ogromnym będzie byłem. I niestety, ale „treningi na tętno” w dzisiejszych czasach to tylko strata czasu. I powiem szczerze, teraz dopiero czuję, że naprawdę trenuję. Owszem są dni, że noga aż się rwie żeby przycisnąć na podjeździe, ale plan na to nie pozwala. W pewnym stopniu jest to ograniczenie, ale ma to swój cel. Nie trenuję żeby jeździć na przejażdżki szybsze czy dłuższe, trenuję, aby się ścigać i stawać na podium.

Jak zmieniły się twoje treningi po rozpoczęciu współpracy ze mną, jako trenerem?

Zmiana była diametralna, naprawdę uświadomiłem sobie, że kiedyś tylko jeździłem na rowerze. Jeździłem dużo, dużo pionów, wysokie średnie, długie dystanse. Zmiana była dla mnie szokiem, tak mogę to podsumować w 3 słowach: krócej, częściej, ciężej. Treningi stały się krótsze, praktycznie 6 – 7 dni w tygodniu i niekiedy z ogromnym obciążeniem. Co zmieniło się najbardziej to zwracanie uwagi na zupełnie inne rzeczy takie jak: czas ogólny, czas interwału, czas odpoczynku, ilość powtórzeń, a głownie moc, z jaką jadę. Zmieniło się też moje podejście do treningu. Do takiego stopnia, że przez cały rok mam rozstawiony trenażer też z pomiarem mocy i jeżeli pogoda nie pozwala, to robię trening w domu. I co jest jeszcze bardzo ważne, przed kolegami możesz mieć wymówkę, przed samym sobą też możesz mieć wymówkę, ale przed trenerem nie… Dobrze jest mieć kogoś nad sobą, bo to jeszcze bardziej motywuje do pracy. Same treningi też się zmieniły. Trener podchodzi do tego profesjonalnie i obiektywnie, rozpisuje treningi, które nie do końca muszą się podobać, nie są to łatwe i lekkie, ale poprawiają te cechy, w których są braki.

Szczerze odpowiedz czy Twoje słabe strony zostały w jakimś stopniu zniwelowane?

Jeżdżę i ścigam się już na tyle długo, że potrafiłem zaobserwować braki u siebie. Szarpane tempo, ataki zza pleców, sprinty. To były moje słabe punkty. Przykład: jedziemy wyścig jestem z przodu i idzie taka z lewej, czy z prawej. Kiedyś zanim się zebrałem żeby na ten atak odpowiedzieć, było już za późno na cokolwiek. Teraz, gdy tylko kątem oka widzę, że idzie atak, natychmiast odpowiadam ze zdwojoną siłą i „poprawiam”. Ostatni wyścig szosowy po płaskim, gdzie szarpane tempo to norma, niegdyś by mnie to zniszczyło, teraz sam mogę nadawać takie szarpane tempo. Sprinty, jeszcze nie są to sprinty niczym z zawodowego peletonu, ale są dłuższe, szybsze, sięgające niekiedy ponad 1200 wat. Reasumując, te słabe strony zostały bardzo poprawione przez specjalistyczne treningi, których sam sobie bym nie zaplanował, bo były dla mnie niewygodne i uważałem, że są niepotrzebne. A trener zrobił to z premedytacją i efekty pojawiły się bardzo szybko.

Czy polecisz współpracę z trenerem?

Każdy, kto się ściga i poważnie myśli o ściganiu, lub chce poprawiać swoje wyniki powinien prędzej czy później podjąć współpracę z trenerem. Osoba ta podejdzie do tematu w inny sposób niż sam zawodnik. Poprzez testy wyłapie braki zawodnika i dostosuje plan tak, aby eliminować braki. Dostosuje plan tak, aby był realny do zrobienia. I co najważniejsze, indywidualnie do każdego swojego zawodnika. Bo każdy ma inne braki i inne potrzeby. Mówiąc szczerze, teraz nie wiem czy byłbym w stanie trenować bez trenera i bez planu. Szczerze polecam, a efekty są o wiele szybciej widoczne.

I na koniec powiedz, czy zakup pomiaru mocy był dobrym pomysłem?

Krótko mówiąc, na tyle dobry, że nie wyobrażam sobie treningu bez miernika mocy. I bardzo, ale to bardzo żałuję, że tak długo się przed tym broniłem. Potrafiłem wygrywać wiele wyścigów bez pomiaru mocy, ale co by było, gdybym zaczął takie treningi już 5 lat temu. Myślę, że ścigałbym się już na poważnych imprezach. Miernik mocy daje obraz jak rośnie nasza moc, stale można to monitorować i podnosić progi mocy, zwiększać intensywność i rozwijać się, a to jest najważniejsze. Jednak bez osoby, która to wszystko stale i rzetelnie monitoruje i dostosowuje ćwiczenia w kolejnych tygodniach moc to tylko kolejna cyferka na liczniku.